Na 50 metrach kwadratowych lokalu przy ul. Grodzkiej 38 w Krakowie mieści się wiele historii. Pierwsza to historia ręcznej produkcji słodyczy, która sięga XVI wieku. Ta pojawiła się tutaj razem z ich wiedzą o wyrabianiu cukierków. Kolejna dotyczy dzieciństwa; wspomnień słodkości podarowanych przez dziadka albo przygotowanych własnoręcznie przez babcię. Te opowieści przynosi każdy gość. I jest jeszcze ich własna historia – Anety Jewuły i Magdaleny Kostur, właścicielek najmniejszej na świecie fabryki cukierków

Aneta Jawuła i Magdalena Kostur – kiedyś „korpomyszki” dziś właścicielki słodkiego biznesu, fot. materiały prasowe

Aneta Jawuła i Magdalena Kostur – kiedyś „korpomyszki” dziś właścicielki słodkiego biznesu/ fot. materiały prasowe

– Dlaczego cukierki?
– A dlaczego nie! – śmieją się i przekornie dodają , że po latach pracy w korporacji miały poczucie, że nie znają się za dobrze na niczym. Szukały więc niszy na rynku, żeby nie mieć konkurencji, która będzie od nich po prostu lepsza. CiuCiu – najmniejsza Fabryka Cukierków – nie była więc spełnieniem dziecięcych marzeń o nieograniczonym dostępie do słodkości, a – chociaż właścicielki śmieją się na takie określenie, wspominając początki swojej firmy – świetnym biznesowym pomysłem. Czego dowodem jest siedem lat w Krakowie i rozwój w postaci otwarcia filii fabryki w Zakopanem.
– Dlaczego manufaktura ręcznie wyrabiająca cukierki miała nie być dobrym biznesem?
– Kiedy odchodziłyśmy z pracy, nasi znajomi byli w szoku – odpowiadają. – Ci życzliwsi mówili, że jesteśmy bardzo odważne, a inni po prostu stukali się w głowę.
– A co mówią siedem lat później?
– Milczą. A my możemy powiedzieć: pokazałyśmy wam! – odpowiadają obie z satysfakcją. Były drugie w Polsce – po manufakturze w Gdańku, od której kupiły know how – a pierwsze w Polsce południowej. Gdyby sukces ich firmy mierzyć miarą liczby kopii pomysłu, to jest on bardzo duży, bo dziś fabryki cukierków są właściwie w każdym większym mieście w Polsce.

Cukierki pakowane i etykietowane są także ręcznie / fot. materiały prasowe

Cukierki pakowane i etykietowane są także ręcznie / fot. materiały prasowe

Ale cukier jest niezdrowy!

Produkcja cukierków zaczyna się od gotowania karmelu z syropem glukozowym i wodą. Doprowadza się go do bardzo wysokiej temperatury. Ta część procesu odbywa się na zapleczu, pozostałe – na oczach widzów podczas pokazu wyrabiania cukierków. Do karmelu dodaje się aromat, wylewa na stół, chłodzi, dodaje barwniki, układa wzór, potem wyciąga cukierki – i gotowe! Cukierki pakowane i etykietowane są także ręcznie. W CiuCiu do barwienia karmelu używa się tylko naturalnych barwników, a bardziej poprawnie: żywności barwiącej. Na przykład barwnik niebieski pochodzi z jagód. Dziewczyny wspominają, jak podczas przeprowadzki z Gołębiej na Grodzką rozbił się słoik właśnie z kolorem niebieskim i później przez kilka dni cała ulica była niebieska i pachniała jagodami jak las w środku lata – a to był styczeń! Ich słodycze nie zawierają też glutenu.
– Ale przecież to cukierki, a słodycze są niezdrowe!
– Tak, to są wciąż słodycze i wciąż cukier, ale uważamy, że żadne ekstremum nie jest dobre; nie można odmówić sobie i dziecku wszystkich przyjemności. Ważne jest też jakość rzeczy, które jemy – mówią Aneta i Magda. – Tak jest z każdą żywnością. Jeśli więc słodycze, to te robione z naturalnych składników, w oparciu o sprawdzone receptury.
Gdy zakładały swoją manufakturę, moda na jedzenie tego, co lokalne, zrobione przez znajomego piekarza, cukiernika z małej cukierni z tradycjami, czy wyhodowane przez rolnika, dopiero się rozwijała. Ich manufaktura była jednym z pierwszych miejsc, gdzie oferowano produkt, robiony w stu procentach ręcznie według starych receptur, którego skład jest naturalny, a proces powstawania możesz prześledzić właściwie od początku do końca.
I ładnie wygląda. Część wzorów, stosowanych w krakowskiej fabryce cukierków, to pomysły przejęte od manufaktury w Gdańsku, ale dziś mają już też dużo własnych, autorskich.
– Wymieniamy się pomysłami z karmelarzami z Gdańska, uczymy od siebie nawzajem – opowiadają. Ulubione cukierki Anety to te z solą i pieprzem. Magda w ogóle nie lubi karmelu, woli krówki.

Gabinet przy kawiarnianym stoliku

Już po kilkudziesięciu minutach rozmowy z nimi można odkryć tajemnice ich sukcesu. To przyjaźń i porozumienie. Nie przerywają sobie, nie wchodzą w słowo; jedna zaczyna opowiadać jakąś historię, druga uzupełnia. Za cel biznesowy postawiły sobie samodzielność. – Mamy biuro tutaj, w kawiarni, nie w open space`sie, w klimatyzowanej hali, podzielonej na boksy. To jest nasz sukces – przyznają.
Obie pracowały w dużych firmach, w przemyśle ciężkim – Magda 15, a Aneta 9 lat.
– Wystarczająco długo, żeby dojrzeć do odejścia z korporacji – mówią. Marzyły o biznesie, w którym siedzenie bez przerwy przy komputerze zamienią na zabawę, więcej – będą artystkami i w przerwach od robienia cukierków i przyjmowania zachwytów będą wyrabiały z karmelu na przykład biżuterię. Dziś śmieją się z tamtych wspomnień, ale zderzenie z rzeczywistością – daleką od ich wyobrażeń – było bolesne.
– Proces przejęcia know how od manufaktury w Gdańku był trudny i kosztowny – mówią.
– Wtedy jeszcze pracowałyśmy w korporacjach, gdzie miałyśmy dobre pensje. Wzięłyśmy kredyty i zapłaciłyśmy za miesiąc szkolenia w fabryce cukierków w Gdańsku. Kiedy wróciłyśmy do Krakowa, dalej byłyśmy zielone. Umiałyśmy ugotować karmel i coś z niego zlepić, ale nie był to wzór, który można próbować sprzedać. Przygotowanie ładnego cukierka to kwestia wyćwiczenia rąk, długotrwałej, żmudnej praktyki. Trzeba pracować z wprawą, bo karmel szybko stygnie. Znośne wzory zaczęłyśmy robić po pół roku codziennej pracy. CiuCiu Cukier Artist Manufaktura Cukierków została otwarta w Krakowie na ulicy Gołębiej w czerwcu 2010 roku. – Za radą Floriana, właściciela fabryki w Gdańsku, przygotowałyśmy wielkie otwarcie: szampan, kanapeczki, zaproszenia do dziennikarzy – wspominają. – Nie pojawił się nikt poza naszymi przyjaciółmi. Zainteresowanie mediów przyszło później – latem, gdy studenci stażyści szukali przyjemnych tematów do przygotowania dla swoich redakcji. Później były lepsze i gorsze momenty. Po otwarciu odwiedzali nas znajomi, rodzina, ale w połowie sierpnia zrobiło się pusto; przyszedł kryzys i pojawiły się pytania, czy to ma sens – opowiadają. Ale były i lepsze momenty, jak 11 listopada tamtego roku, kiedy to z ich powodu Gołębia była pełna ludzi: ładna pogoda, dzień wolny od pracy i szkoły, inne miejsca pozamykane, więc wielu rodziców z dziećmi postanowiło przyjść i zobaczyć, jak się robi cukierki. To był dla nich test, czy sobie poradzą.